sobota, 8 listopada 2014

JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO    part 1

  
 *..* MIKE *..*


- W końcu koniec! A myślałem, że nigdy już tego nie nagramy! - westchnąłem, prostując obolałe plecy. Była to dla mnie niesamowita ulga, zważywszy na to, że siedziałem w jednej pozycji prawie cały dzień.

Spojrzałem na resztę. Wszyscy byli wykończeni, a najbardziej, jak zawsze zresztą Chester.

Aż żal się człowiekowi robiło patrząc na niego. Włosy w nieładzie, koszulka przemoczona od potu, ręce drżące, ciało pozbawione jakiejkolwiek ruchliwości. Wyglądał, jakby przełączył się na tryb oszczędzania energii. Reszta też chyba odniosła takie wrażenie, bo patrzyła się na wokalistę z niepokojem i lekkim rozbawieniem. Niektórzy zgromadzeni w pomieszczeniu zaczęli nawet rzucać kulkami z papieru, niczym jakaś banda przedszkolaków.

- Ej, stary! Wszystko z tobą okej? Nie przegrzałeś się za bardzo? - krzyknął jowialnie Rob, podchodząc do nieruchomej postaci i klepiąc go mocno w ramie. Nie dało to jednak żadnych rezultatów, poza cichym jękiem bólu.

Przyglądałem się chwilę zmizerniałemu ciału przyjaciela, zastanawiając się, czy ulitować się nad nim. Gdy wokół mężczyzny zaczął zbierać się już mały tłumek, postanowiłem jednak zainterweniować.

- Doba, koniec przedstawienia, dajcie mu oddychać! - wstałem w końcu z krzesła (moja pupa szalała z wdzięczności) i powoli zacząłem odganiać bandę. Gdy udało mi się w końcu wyrzucić najbardziej opornych, zamknąłem cicho drzwi i przykucnąłem przed Chesterem.

- Dasz rade się podnieść? - spytałem cicho, przyglądając się mu. Trzeba przyznać, że nawet, gdy jego twarz świeciła się od potu i była cała mokra, dalej był przystojny. Nie, żeby Mikowi się jakoś bardzo podobał, ale musiał przyznać, że jemu nigdy by się to nie udało, natura nie przyznała mu odpowiedniej dawki urody w stosunku do jego zajebistości.

Chester chwile siedział nieruchomo, w końcu poruszył lekko oczami, spoglądając na mężczyznę kucającego  przed nim .Chwile przyglądali się sobie, aż wreszcie wokalista westchnął i odezwał się, ledwo słyszalnie, na granicy szeptu. Słychać było, że jest to dla niego lekki wysiłek

- Pomuurślubb Shin...

Jak zwykle. Nawet żadnego "proszę"! No ale to jest Bennington, nie ma co oczekiwać cudu!

 Chwile siedziałem bez ruchu, obserwując jak twarz przyjaciela zaczyna wyrażać coraz większe zniecierpliwienie. Nie chciałem  się jednak nad nim znęcać. Oplotłem  go mocno w pasie jedna ręka, a druga zarzuciłem sobie jego rękę na swoje ramie. Z lekkim wysiłkiem wstałem  i zacząłem  mozolnie przesuwać się, wraz z bezwładnym workiem ziemniaków, w jakie zamieniło się  ciało przyjaciela, w stronę kanapy. Sam kazałem zakupić ją i postawić w studio nagraniowym, wiedząc dokładnie, co może się wydarzyć po nagraniach.

Gdy w końcu dotarłem do celu sam ledwo żyłem. Chester, bądź co bądź, był jednak dorosłym mężczyzna, a tacy bywają ciężcy. Jego ciało w moich ramionach było jak glina, balem się ze mi się wyślizgnie i upadnie z cichym pluskiem na podłogę. 

Rzuciłem ciałem przyjaciela niczym cementem, Ten odbił się lekko od kanapy, zakołysał na sprężynach i z cichym westchnieniem znieruchomiał, wtulając mokra głowę w miękka skore, którą była obita poduszka. Leżał rozwalony, nogi miał rozłożone niczym do porodu. Jedna ręka zwisała smętnie ponad krawędź kanapy, palce drgały czasami w niekontrolowanych skurczach mięśni.

 Uśmiechnąłem się tylko, otwarte śmianie się z cudzego nieszczęścia nie leżało w mojej naturze.
 Nie wiem ile tak stałem, ale w końcu ciało Chestera przestało się jakkolwiek ruszać. Pogładziłem lekko obicie kanapy, niezdecydowany,czy powinienem odejść.

 Mężczyzna wyglądał tak niewinnie, a przecież pod moja nieobecność w każdej chwili możne dostać się tu jakoś psychofanka zespołu.. Jeszcze mu krzywdę zrobi, zostawi jakieś nieodwracalne piętno na jego psychice. Może go nawet zgwałci...? - rozmyślałem

Przez chwile się wahałem. No, ale mimo tego , ze przyjaciel wyglądał niewinnie,to nadal pozostawał skurwysynem. Postanowiłem, ze jednak nic mnie nie obchodzą jego losy. Sprężystym krokiem podszedłem do drzwi i z rozmachem otworzyłem je. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na pomieszczenie, uśmiechnąłem paskudnie i poszedłem do swojego pokoju.

 Drzwi zostawiłem uchylone.



+,..,+ CHESTER +,..,+


Tak zmęczony dawno się nie czułem. Kląłem na cały świat, błagając kogokolwiek,aby zgarnął mnie z tego pierdolonego krzesła i pozwolił  umrzeć na podłodze. Nawet ona byłaby wygodniejsza. Uporczywie wpatrywałem się w mahoniowe panele jakby w nadziei, ze może jakaś niewidzialna moc przyciągnie mnie do nich. 

Z coraz większa desperacja hipnotyzowałem podłoże, gdy zdałem sobie mgliście sprawę  ze jest już o wiele ciszej. Usłyszałem cichy głos. Próbowałem odwrócić głowę, ale nawet na to nie miałem siły. Gdy w końcu udało mi się namówić moje oczy do poruszenia się, zdałem sobie sprawę, ze przede mną klęka mój przyjaciel.

 Dlaczego mi się oświadcza?- pomyślałem. Bardzo mi się to nie podobało, miałem przecież żonę. 

Próbowałem mu to przekazać, próbowałem mówić, ale miałem z tym male problemy. Gdy w końcu z moich ust coś się wydostało, nie przypominało to nawet zdania. Raper spojrzał na mnie ze zrezygnowaniem (czyżby zrozumiał ze nie chce brać z nim ślubu?), wstał i pomógł mi dostać się na kanapę. Drogę, jaka przebyliśmy nie pamiętałem. Czułem tylko silne mięśnie Mika, wypracowane mozolnie przez długie godziny na siłowni. Och, jak ja mu ich zazdrościłem!

 W końcu poczułem miekosc kanapy. Mialem ochotę śpiewać serenady skierowane do mojego wybawcy, pokusiłbym się nawet o arię, umiem zaśpiewać wszystko. Ale jednak byłem zbyt zmęczony...

 Nastała błogosławiona ciemność...



+++++ the end of part 1 +++++

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz